till camp starts:
:: elaineblog

:: księga gości
:: Katalog stron
2011
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2010
grudzień


Tagi

18:56:43 2011-04-05

bezksiężycowo.

Polubiłam Czesława. Może właśnie za to jego nieprzystosowanie do życia, które wcześniej tak mnie w nim drażniło. Ale zwyczajnie poczułam pewną nić porozumienia, gdy przyznał się do swej samotności. I tak jak mnie czasem, jemu także brakuje słów, by wyrazić to, co siedzi tam, w środku, i nie chodzi tu tylko o brak wprawy w posługiwaniu się językiem..

Wiosenny deszcz zawitał dziś do Krakowa. A potem, jak zawsze wyszło słońce. I przez chwilę poczuć można było ulgę, jakby coś się oczyściło, posprzątało samo, by warstwy brudów nie nakładały się wiecznie na siebie. I teraz cały ten proces może ruszyć odnowa.

Nie korzystam zbytnio z miasta. Trasa Bielany – Filharmonia, Filharmonia – KFW jest teraz przeze mnie najczęściej uczęszczana. I czasem jeszcze Delibar, żeby oglądać mecze węgierskiej piłki nożnej. I naprawdę, gdyby licencjat był człowiekiem – kazałabym mu wypierdalać.

I ja też, zgodnie z zasadą wiosna = porządki posprzątałam skrupulatnie w swoim sercu, przez co zrobiło się w nim jeszcze bardziej pusto, niż było przedtem. I czasami tylko gości tam uczucie gniewu i złości, kiedy coś lub ktoś wdziera się w mój plan dnia i burzy to, co miałam zaplanowane. Ale generalnie jest tam cicho i spokojnie. I pusto. Nie przeżywam już żadnych górnolotnych uniesień, nie tęsknię już za niczym, bo też nie mam za czym, nie rozdrabniam się w analizach sytuacji, bo nie widzę w tym sensu, nie wzbudzam w sobie ataków paniki, gdy życie chce mnie przestraszyć swoją schematycznością... Utknęłam na tym etapie, pogodziłam się sama z sobą i własną nieporadnością życiową i postanowiłam pozwolić życiu zdecydować choć raz coś za mnie.  



skomentuj (0)

17:46:58 2011-03-13

Wiosna, Kraków budzi się ze snu...

Nie wiem, jak pocieszyć człowieka, który tak samo jak ja nie potrafi odnaleźć sensu w życiu. A przecież to jest ważna sprawa, przecież on musi żyć, tak samo jak ja muszę... comptine d'un autre été - yann tiersen. W sam raz na przemyślenia dotyczące życia. Za oknem wiosennie, niby wszystko budzi się do życia, niby oddycha się nawet inaczej, niby... A jednak wisi nade mną ciężar jakiegoś niespełnienia. Bo chciałabym być dla kogoś, nie tylko dla siebie. I pląta mi się po głowie myśl, by w coś się zaangażować. By poczuć się w końcu potrzebna. Dziwne jest życie, gdy straciło się już większość dawnych wartości i nie ma na czym budować dalszych planów. I ciężko jest wtedy odpowiadać za uczucia innych osób. Człowiek chyba nigdy nie będzie w stanie tego rozpracować.


Tagi: wiosna, spełnienie, yann tiersen

skomentuj (0)

19:27:18 2011-02-20

drobne rozterki dnia codziennego.

Chyba coś w tym musi być, że kobieta zmienia fryzurę zawsze wtedy, gdy dokonuje się jakaś zmiana w jej życiu osobistym. Może cieszę się głupotami, może znów się mylę, ale zwyczajnie mi ten stan odpowiada. Odnoszę wrażenie, że dawniej przywiązywałam większą wagę do spraw niematerialnych. Czyżbym była już dorosła, skoro najważniejsze są pieniądze? Każdy pobyt w Brzozowie kończy się zawsze tak samo: wyrzutami sumienia, że wyrosłam z dawnych wartości, stałam się problemowym człowiekiem bez wzniosłych ambicji, dla którego największym osiągnięciem na zawsze pozostanie fakt, że jakimś cudem udało mu się dostać na te głupie studia do Krakowa. I co dalej? Pora na następny krok. Chyba zgubiłam gdzieś po drodze to, co najważniejsze: sens życia. Bo wyjazd na studia z pewnością sam w sobie żadnego sensu może nie stanowić, jeżeli pozostawi się go bez odpowiedniego obejścia. Kiedyś to wszystko było łatwiejsze. Kiedyś potrafiłam wierzyć naiwnie, że ludzie dorośli są naprawdę mądrzy i wiedzą, co jest dobre a co złe. Kiedyś wiedziałam na pewno, co jest dla mnie ważne, a czego nie chcę robić. I miałam więcej radości z życia, z małych spraw, całkiem drobnych nawet. A jeszcze wcześniej byłam naprawdę silnym psychicznie człowiekiem. I teraz naprawdę bardzo chciałabym to poczucie pewności odzyskać. I nie chcę już wmawiać sobie, że od tego wszystko zależy, bo w rzeczywistości życie wcale nie jest zależne jedynie od jednej rzeczy, jednej sprawy czy wydarzenia. Zbiera się na to mnóstwo innych czynników, o których nikt nigdy nie pamięta zaprzątnięty myśleniem o tych „większych” sprawach, które mu się przytrafiły. Ale nie o to chodzi. Teraz chodzi mi jedynie o to, że czegoś brakuje w moim życiu i bardzo chciałabym czymś tę pustkę wypełnić. I na chwilę obecną potrzebuję wypełnić ją właśnie tym poczuciem pewności, której od dawna już nie doświadczam. Od tego może zależeć nawet bardzo mało, ale za to może sprawić, że zacznie mi się żyć trochę łatwiej nie komplikując sobie prostych rozwiązań na własne życzenie.



skomentuj (0)

21:28:11 2011-02-05

bez-smakowo, bez-pracowo.

I po wszystkim. Powoli może już nawet zapominam, że ten dzień miał być taki ważny. Pozostały obietnice bez ani jednej podpisanej umowy. Tak można podsumować dzisiejsze spotkanie z pracodawcami na Targach Pracy. A mogłam to wszystko inaczej zaplanować. I tak sobie teraz myślę, że gdyby nie ta Michigania, gdybym nie czekała tyle na rozmowę z „Johnny'm”, byłabym już pewnie zatrudniona. Bo ta Pennsylvania... I ten pan z Lee Mar był bardzo miły, powiedział, że gdybym przyszła do niego trochę wcześniej, to z chęcią by mnie wziął do siebie na camp, bo takich ludzi szuka. I cały czas się uśmiechał tak, że ja też nie przestawałam. Ale i tak na nic, bo przecież umowy nie mam. Tylko pozytywną referencję wydaną przez tego miłego pana... Gdybym przyszła trochę wcześniej. Gdyby nie ta Michigania... Ale może tak miało być właśnie, może mam być na innym campie, nie w Michigan ani nie w Pennsylvanii... Tylko nie lubię tego czekania, tej niepewności. Bo kiedy w takim razie mam zdawać egzaminy w letniej sesji? Czy może od razu przekładać na wrzesień? Tylko, czy ja będę w Polsce we wrześniu...?

W każdym razie, dzień pełen wrażeń. I w końcu spotkałam ludzi, którzy mają takie same aspiracje, którzy myślą podobnie... I niby jestem tu dopiero tydzień, niby Budapeszt śni mi się jeszcze po nocach, ale tak, jakby to był rzeczywiście tylko sen, jakby tego nigdy nie było. I czytam bloga Przygody, i zastanawiam się, czy jeszcze mnie coś z nimi łączy...

Na uczelni zrobiło się niemiło. Nie wiem za bardzo dlaczego. I o studiowaniu myślę teraz chyba najmniej... Dziwne to wszystko, gdy człowiek zaczyna patrzeć z innej perspektywy czasu na te same miejsca... Gdy już je zna, po prostu...


Tagi: targi, american dream, michigania

skomentuj (0)

09:36:11 2011-02-01

po krakowsku...

Już u siebie. W Krakowie. Wciąż nie mogę uwierzyć, że to już koniec, że skończyła się moja przygoda z Węgrami i akademikiem, że rano obudzę się sama w pokoju, że mogę puszczać muzykę bez słuchawek w uszach, że mam gdzie postawić komputer i wszystkie swoje rzeczy... Zapowiada się dobrze. I nie czuję już żadnej presji, żadnego przymusu wywieranego przez innych.

Wczoraj byłam w kościele. Pierwszy raz od dawna. Z własnej woli i pomimo tego, że nie dostałam żadnego maila od campu Michigania. Czas wrócić do dawnego porządku. Trzeba mieć jakieś limity nie do przekroczenia, żeby móc wiedzieć, na czym się stoi.

A Bielany są piękne. Wieczorami cisza wkrada się wraz z mrokiem do pokoju, żadnych śmieciarek z rana budzących ludzi odgłosami tłuczonych butelek, domy w sąsiedztwie same jednorodzinne... Aż chce się zapomnieć, że to wciąż Kraków, duże miasto.

 

Magia trwa. Mieszkam sobie w moim nowym pokoju, zupełnie sama, aż mi dziwnie czasem, że taki duży pokój jest tylko do mojego własnego użytku. I choć jest w nim jeszcze dosyć pusto, i choć odbija się jeszcze w nim echo, i choć nie ma w nim jeszcze dywanu na podłodze, i tak go pokochałam.

Ciężko jednoznacznie określić, ale chyba przeżywam pewne odrodzenie po stanie budapeszteńskiej stagnacji w rzeczywistości. I choć nie mam żadnych zastrzeżeń do tego, co było - cieszę się, że coś się zmieniło. Tak zwyczajnie, po prostu...  I dobrze mi z tym, że przestaję być egoistką, że trafiłam do ludzi, dla których chcę się starać. I samodyscyplina zaczyna się sprawdzać. Czytam węgierskie teksty i piszę do dyrektorów campów. Oby tylko wyszło mi to na plus w ten weekend...

Cieszę się, że to już Kraków. Że ludzie tu mówią po polsku, że mam las w pobliżu i że już niedługo zacznę znowu biegać.

Nie pomyliłam się – zaczną się zmiany. Poważne. I myślę, że teraz jak nigdy przedtem czuję się do nich odpowiednio przygotowana. Zobaczymy.


 



skomentuj (0)

16:10:41 2011-01-19

niespodzianki...

Dziwny dzień od rana; najpierw obudził mnie sygnał alarmu przeciwpożarowego, chwilę potem zadzwonili do mnie z Uniwersytetu w Phoenix z pytaniem, czy nadal jestem zainteresowana studiowaniem, a gdy otworzyłam skrzynkę mailową, żeby wysłać tacie zdjęcia, zobaczyłam wiadomość z biura Camp Leaders, że status mojej aplikacji znów zmienił się na 'on review'. I mam dziwne przeczucie, że tym razem będzie dobrze. Co prawda, nie jest to Pennsylvania, ale New Jersey też brzmi nieźle (no i jest całkiem niedaleko). Poza tym dostałam dwie nowe wiadomości od Gergő z propozycją wyjścia na spacer albo do bufetu. I po raz kolejny mu odmówiłam. Dziwne to wszystko. Chwilami czuję się tak, jakbym nieświadomie kpiła z własnego życia. Chyba staję się coraz bardziej pazerna. Albo po prostu nie jestem sobą, gdy mam cały czas z górki...



skomentuj (0)

13:36:13 2011-01-16

tryb offline.

Jakoś smutno trochę. Uporałam się z wnioskiem o stypendium i byłam chyba trochę niemiła dla taty na początku rozmowy przez Skype. I mam wyrzuty sumienia mimo tego nawet, że kończąc życzyłam i jemu i mamie miłego dnia. Dla mnie miły raczej nie będzie. Nie wiem skąd takie przeczucie, ale jeśli od rana myślę o papierosie i drży mi noga z poddenerwowania, to mile raczej go nie spędzę.

Próbowałam skontaktować się z dyrektorem campu w Pennsylvanii, chyba daremnie się cieszyłam ze zmiany statusu aplikacji na 'on review'. Poczekam do targów pracy, najgorsza przecież nie jestem, ktoś mnie przyjąć musi...

A Budapeszt... A w Budapeszcie dzisiaj słonka nie ma. Jest cicho i jakby pusto, Gosia puszcza smętne kawałki i chwilami czuję się tak, że choćbym chciała przestać myśleć – nie przestanę... Żyjemy w tej węgierskiej społeczności już kolejny miesiąc, a ja wciąż nie mogę zakochać się w tym języku tak, jak to sobie planowałam. I, ciężko się przyznać, popełniłam pewien błąd kiedyś, kilka lat temu, którego skutki zaczynam odczuwać coraz boleśniej.

Człowiek powinien mieć wmontowany taki przełącznik: jeżeli zaczyna myśleć o życiu, może go wcisnąć i przełączyć się na tryb offline, by móc spokojnie kontynuować to, co zaczął bez zbędnych emocji. Tak bym chciała teraz, skupić się np. na dokończeniu referatu z literatury i czytaniu pozycji z bibliografii do pracy licencjackiej. Dlaczego to nie może być takie proste...?



skomentuj (0)